poradnik-hotelarza

To ważne kim się otaczasz, a łatwo dać się zmylić

To ważne kim się otaczasz, a łatwo dać się zmylić

Poszukując bliskich współpracowników często zastanawiamy się, jaki powinien być idealny kandydat. W procesie rekrutacji zachodzi wiele mechanizmów wpływających na odbiór i zapamiętanie konkretnego aplikanta. Możemy dać się ponieść efektowi pierwszeństwa, czyli lepiej zapamiętać kandydata, z którym spotkaliśmy się na początkowym etapie rozmów lub kandydata, z którym te rozmowy zaczęły się w naszej ocenie dobrze. Tutaj dochodzi też efekt pierwszego wrażenia, jakie wywrze na naszej percepcji rozmówca.

To, że nasza percepcja wkroczy do gry i będzie nam dyktować obraz potencjalnych współpracowników jest niemal pewne. Im bardziej będziemy tego faktu świadomi tym mocniej będziemy w stanie jej wpływ odsunąć od siebie i wykazać się większym obiektywizmem. Może zdarzyć się również tak, i ten temat chcę poruszyć, że zadziała tzw. efekt podobieństwa. Niewykluczone, że jako rekruter zapałamy niewyjaśnioną sympatią do kandydata dostrzegając w nim cechy zbieżne z naszymi lub też na przykład analogiczną ścieżkę kariery, edukacji czy zainteresowań.

Skoro tak łatwo możemy (ale nie musimy!) dać się zwieść i przez pryzmat własnej osoby idealizować kandydata, to równie łatwo możemy nie polubić potencjalnego współpracownika, jeśli nasza percepcja skupi się na odmienności doświadczeń i ujmując to kolokwialnie postrzegania świata. W rekrutacjach swoich współpracowników postawiłem od pewnego czasu na oszukiwanie własnej percepcji i świadomym kreowaniu sympatii do osób całkowicie odmiennych niżeli ja. Stanowi to według mnie szczególnie ważny aspekt, jeśli mamy wspólnie pracować i zarządzać, czy to zespołem czy też pewnymi procesami lub departamentami.

Teoretycznie decydując się na współpracę ze swoim podobieństwem, czyli osobą o podobnej energii, stylu zarządzania, komunikacji werbalnej i niewerbalnej, a także o zbliżonych poglądach, otwartości (lub jej braku) czy koncentracji na tych samych punktach, zapewne otrzymamy dużą płynność i łatwość w codziennej komunikacji, „znajomy” sposób pracy oraz ustalania priorytetów czy kolejności skupienia uwagi na danych zadaniach oraz procesach.  Niby brzmi świetnie! W końcu nasza percepcja znowu podpowie nam, że to właśnie my i nasz styl pracy jest tym najlepszym, więc jeśli nadarza się okazja do współpracy z kimś podobnym, to w głowie najpewniej wybrzmi: „Idź na całość! Masz idealnego kandydata!”.

Osobiście interesuje mnie o wiele bardziej, co tracimy kiedy decydujemy się na współpracę z własnym podobieństwem. Wyobraźmy sobie taką sytuację – w pracy jesteśmy bardzo aktywni, do każdego nowego zadania podchodzimy z dużym entuzjazmem, na każde pytanie odpowiadamy całkowicie nieskrępowani jako pierwsi. Gdy tylko ktoś zapyta nas o zdanie, nasz pomysł to zaraz dostanie co najmniej cztery różne koncepcje czasem nawet mocno odjechane. Uwielbiamy wszystko co nowe i najchętniej zajmowalibyśmy się tylko co raz to nowymi wyzwaniami. Najgorsze co może nas spotkać to cotygodniowe zestawienie, jakie musimy przygotować, samotne godziny przy biurku lub bardzo schematyzowane podejście do rozwiązywania zadań.

I teraz załóżmy, że zrekrutowaliśmy swoje podobieństwo. Jest świetnie! Dogadujemy się niemal bez słów, pomysły mnożą się w nieskończoność, na kilometry bije energią i chcemy zmienić cały świat (firmę), ale toczymy jeden spór… Kto niemal jak za karę przygotuje to zestawienie? Kto spędzi kilka godzin nad cyferkami? Czyżby znowu miało się nam nie udać wyrobić w czasie? Nie wspominając już o bólu jaki współdzielimy na myśl o schematach, priorytetach (w tym wypadku firmy, nie naszych) i powtarzalności działań.

Dla kontrastu wyobraźmy sobie, że jednak jako wytrawni rekruterzy oszukaliśmy naszą percepcję i zdecydowaliśmy się zatrudnić nasze przeciwieństwo. Komunikacji będziemy musieli się nauczyć i będzie to wymagać dużo pracy z obu stron, ale po chwil odkryjemy, że te cotygodniowe cyferki spędzające nam sen z powiek każdego tygodnia nagle zniknęły z naszego życia, bo nasz świeżo upieczony współpracownik okazał się być ich poskramiaczem. Może dojdziemy do wniosku, że co prawda na każde pytanie mieliśmy gotowych co najmniej 5 „koncepcji”, ale z perspektywy czasu nie udało nam się wdrożyć żadnej z nich, bo przecież dla nas fajniejsze jest ich kreowanie niż często żmudna realizacja. Aż tu nagle pewnego dnia po cichu, bez fali słów, jakby w ukryciu okazuję się że nasze pomysły wchodzą w życie, bo o ile ich proces twórczy należał do nas to ich przekucie w twardą rzeczywistość „obudziło” naszego odmiennego współpracownika.

Sytuacja może być też całkowicie odwrotna, że to my jesteśmy mistrzami cyferek lub niekoniecznie cierpliwymi graczami dążącymi do wygranej tylko tak jakby zapominamy nieco o tym, że otaczają nas ludzie i emocje. Skupiamy się na treści całkowicie nie potrafiąc odczytać lub przekazać emocji, a empatia (o której przecież musieli nam lata przypominać) przejawia się kurtuazyjnym „jak się czujesz?”. Jeśli w tej sytuacji postawisz na przeciwieństwo oj będzie bolało i pojawi się wiele nieporozumień, ale naturalnie uzupełnisz swoje kompetencje, pokażesz, że będąc świadom ich ważności chcesz o nie zadbać i jako dream team dopełnicie się wzajemnie.

Podsumowując, bądź otwarty. Otwórz się na innych ludzi. Zamiast skupiać się na słabszych stronach (wg Twojego uznania) zwróć uwagę na potencjał i komplementarność jaką mogą wnieść do Twojej codziennej pracy. Niech Twoja siła bierze się z dostrzegania odmienności i przekuwania jej w zaletę, a nie strachu przed innym(i).

Fot.: Hilton Garden Inn Krakow Airport

Pref

Piotr Ignaszak

To ważne kim się otaczasz, a łatwo dać się zmylić

To ważne kim się otaczasz, a łatwo dać się zmylić

Poszukując bliskich współpracowników często zastanawiamy się, jaki powinien być idealny kandydat. W procesie rekrutacji zachodzi wiele mechanizmów wpływających na odbiór i zapamiętanie konkretnego aplikanta. Możemy dać się ponieść efektowi pierwszeństwa, czyli lepiej zapamiętać kandydata, z którym spotkaliśmy się na początkowym etapie rozmów lub kandydata, z którym te rozmowy zaczęły się w naszej ocenie dobrze. Tutaj dochodzi też efekt pierwszego wrażenia, jakie wywrze na naszej percepcji rozmówca.

To, że nasza percepcja wkroczy do gry i będzie nam dyktować obraz potencjalnych współpracowników jest niemal pewne. Im bardziej będziemy tego faktu świadomi tym mocniej będziemy w stanie jej wpływ odsunąć od siebie i wykazać się większym obiektywizmem. Może zdarzyć się również tak, i ten temat chcę poruszyć, że zadziała tzw. efekt podobieństwa. Niewykluczone, że jako rekruter zapałamy niewyjaśnioną sympatią do kandydata dostrzegając w nim cechy zbieżne z naszymi lub też na przykład analogiczną ścieżkę kariery, edukacji czy zainteresowań.

Skoro tak łatwo możemy (ale nie musimy!) dać się zwieść i przez pryzmat własnej osoby idealizować kandydata, to równie łatwo możemy nie polubić potencjalnego współpracownika, jeśli nasza percepcja skupi się na odmienności doświadczeń i ujmując to kolokwialnie postrzegania świata. W rekrutacjach swoich współpracowników postawiłem od pewnego czasu na oszukiwanie własnej percepcji i świadomym kreowaniu sympatii do osób całkowicie odmiennych niżeli ja. Stanowi to według mnie szczególnie ważny aspekt, jeśli mamy wspólnie pracować i zarządzać, czy to zespołem czy też pewnymi procesami lub departamentami.

Teoretycznie decydując się na współpracę ze swoim podobieństwem, czyli osobą o podobnej energii, stylu zarządzania, komunikacji werbalnej i niewerbalnej, a także o zbliżonych poglądach, otwartości (lub jej braku) czy koncentracji na tych samych punktach, zapewne otrzymamy dużą płynność i łatwość w codziennej komunikacji, „znajomy” sposób pracy oraz ustalania priorytetów czy kolejności skupienia uwagi na danych zadaniach oraz procesach.  Niby brzmi świetnie! W końcu nasza percepcja znowu podpowie nam, że to właśnie my i nasz styl pracy jest tym najlepszym, więc jeśli nadarza się okazja do współpracy z kimś podobnym, to w głowie najpewniej wybrzmi: „Idź na całość! Masz idealnego kandydata!”.

Osobiście interesuje mnie o wiele bardziej, co tracimy kiedy decydujemy się na współpracę z własnym podobieństwem. Wyobraźmy sobie taką sytuację – w pracy jesteśmy bardzo aktywni, do każdego nowego zadania podchodzimy z dużym entuzjazmem, na każde pytanie odpowiadamy całkowicie nieskrępowani jako pierwsi. Gdy tylko ktoś zapyta nas o zdanie, nasz pomysł to zaraz dostanie co najmniej cztery różne koncepcje czasem nawet mocno odjechane. Uwielbiamy wszystko co nowe i najchętniej zajmowalibyśmy się tylko co raz to nowymi wyzwaniami. Najgorsze co może nas spotkać to cotygodniowe zestawienie, jakie musimy przygotować, samotne godziny przy biurku lub bardzo schematyzowane podejście do rozwiązywania zadań.

I teraz załóżmy, że zrekrutowaliśmy swoje podobieństwo. Jest świetnie! Dogadujemy się niemal bez słów, pomysły mnożą się w nieskończoność, na kilometry bije energią i chcemy zmienić cały świat (firmę), ale toczymy jeden spór… Kto niemal jak za karę przygotuje to zestawienie? Kto spędzi kilka godzin nad cyferkami? Czyżby znowu miało się nam nie udać wyrobić w czasie? Nie wspominając już o bólu jaki współdzielimy na myśl o schematach, priorytetach (w tym wypadku firmy, nie naszych) i powtarzalności działań.

Dla kontrastu wyobraźmy sobie, że jednak jako wytrawni rekruterzy oszukaliśmy naszą percepcję i zdecydowaliśmy się zatrudnić nasze przeciwieństwo. Komunikacji będziemy musieli się nauczyć i będzie to wymagać dużo pracy z obu stron, ale po chwil odkryjemy, że te cotygodniowe cyferki spędzające nam sen z powiek każdego tygodnia nagle zniknęły z naszego życia, bo nasz świeżo upieczony współpracownik okazał się być ich poskramiaczem. Może dojdziemy do wniosku, że co prawda na każde pytanie mieliśmy gotowych co najmniej 5 „koncepcji”, ale z perspektywy czasu nie udało nam się wdrożyć żadnej z nich, bo przecież dla nas fajniejsze jest ich kreowanie niż często żmudna realizacja. Aż tu nagle pewnego dnia po cichu, bez fali słów, jakby w ukryciu okazuję się że nasze pomysły wchodzą w życie, bo o ile ich proces twórczy należał do nas to ich przekucie w twardą rzeczywistość „obudziło” naszego odmiennego współpracownika.

Sytuacja może być też całkowicie odwrotna, że to my jesteśmy mistrzami cyferek lub niekoniecznie cierpliwymi graczami dążącymi do wygranej tylko tak jakby zapominamy nieco o tym, że otaczają nas ludzie i emocje. Skupiamy się na treści całkowicie nie potrafiąc odczytać lub przekazać emocji, a empatia (o której przecież musieli nam lata przypominać) przejawia się kurtuazyjnym „jak się czujesz?”. Jeśli w tej sytuacji postawisz na przeciwieństwo oj będzie bolało i pojawi się wiele nieporozumień, ale naturalnie uzupełnisz swoje kompetencje, pokażesz, że będąc świadom ich ważności chcesz o nie zadbać i jako dream team dopełnicie się wzajemnie.

Podsumowując, bądź otwarty. Otwórz się na innych ludzi. Zamiast skupiać się na słabszych stronach (wg Twojego uznania) zwróć uwagę na potencjał i komplementarność jaką mogą wnieść do Twojej codziennej pracy. Niech Twoja siła bierze się z dostrzegania odmienności i przekuwania jej w zaletę, a nie strachu przed innym(i).

Fot.: Hilton Garden Inn Krakow Airport

Pref

Piotr Ignaszak

Udostępnij!

Może zainteresują Ciebie

Kultura organizacyjna sposobem na zahamowanie rotacji pracowników

Inteligentnie emocjonalne. Kobiety zarządzające w hotelarstwie

Wszystko dzieje się po coś – rozmowa z Martą Klepką

Pracownicy branży hotelarskiej. Pandemia dwudziestolatków

Czy jesteś gotowy na zmiany w nadawaniu telewizji naziemnej?

Co z tymi pracownikami w hotelarstwie?